Techwriter szuka pierwszej pracy

Studia podyplomowe ukończone, cv zaktualizowane – czas rozejrzeć się za pracą techwriterki! W poniższym artykule dzielę się doświadczeniami z kilku procesów rekrutacyjnych, z których jeden, ten najważniejszy, został zwieńczony sukcesem.

Siłą rzeczy cały poniższy opis jest nieco subiektywny 😉 Mam jednak nadzieję, że da branżowym debiutantom pewne wyobrażenie, czego można się spodziewać podczas rekrutacji na stanowisko technical writera. No i last but not least – jest to tekst z dedykacją dla studentów drugiej edycji studiów podyplomowych z komunikacji technicznej na Akademii Finansów i Biznesu VIstula.

Pod koniec tekstu, jak to czasem się u mnie zdarza, znajdziecie glosariusz z wyjaśnieniem pojęć oznaczonych gwiazdką.

Przez większość życia zawodowego pracowałam z branżą IT – tworząc content (pół)techniczny, amatorsko kodując, prowadząc działania wizerunkowe dla inżynierów, a także pomagając kobietom zadebiutować w świecie STEM*. Decyzję o studiach podyplomowych z komunikacji technicznej podjęłam po kilkuletnim rozważaniu tej opcji zawodowej, co szczęśliwie zbiegło się z uruchomieniem pierwszej edycji kierunku na jednej z warszawskich uczelni. Już w ich trakcie byłam pewna, że jest to praca dla mnie. Zaczęłam więc uważnie przyglądać się ogłoszeniom. Pierwsze falstarty rekrutacyjne zaliczyłam jeszcze wiosną, równolegle kończąc projekty zaliczeniowe. Szybko jednak doszłam do wniosku, że nie ma sensu chwytać siedmiu srok za ogon. Na spokojnie podeszłam do tematu pracy dopiero wczesną jesienią, kiedy w kieszeni miałam już nie tylko świadectwo ukończenia studiów podyplomowych, ale także certyfikat ITCQF. Jeszcze raz uważnie obejrzałam CV, przed nazwiskiem z dumą dopisałam „certified” i odpowiedziałam na pierwsze oferty.

Gdzie szukać ofert?

Szukając pracy, warto mieć świadomość, że zawód techwritera wciąż jest odrobinę niszowy. Z tego powodu notorycznie natrafia się na ogłoszenia, które opisują zupełnie inne zajęcie 😉 Najczęstsza pomyłka to nazywanie copywritera lub content writera w firmie technologicznej technical writerem. Ale jest też dobra strona tej sytuacji – ponieważ świadomość istnienia takiego zawodu dopiero w Polsce kiełkuje, osoby, które aplikują na stanowiska techwriterskie teraz, prawdopodobnie <mode wróżka=”on”>zgarną premię za pierwszeństwo</mode>. Pamiętacie, że kilkanaście lat temu nikt aż tak bardzo nie potrzebował programistów? No właśnie.

Ale ad rem. Od 6 września do 12 października odpowiedziałam łącznie na 13 różnych ogłoszeń. Znalazłam je na:

  • linkedIn – 5
  • pracuj.pl – 4
  • justjoin.it – 2
  • stronach firm szukających technoskryby – 2

Gwoli ścisłości: dostałam też jedną ofertę od headhuntera na priv, ale tu kontakt urwał się szybko i zatrzymałam się przed etapem formalnej rekrutacji, dlatego nie wliczam jej do puli.

Czy spełniam wymagania?

Wysyłając CV, nie brałam pod uwagę ofert, w których wymogiem było długie (3 lata lub więcej) doświadczenie na stanowisku technical writera w projektach komercyjnych, biegła znajomość jakiegoś języka programowania  i/lub umiejętność tworzenia dokumentacji do API. Należy jednak od razu podkreślić, że niemal wszystkie stanowiska wymagały jakiegoś doświadczenia – choćby minimalnego. Tylko w jednym z ogłoszeń poszukiwano osoby na stanowisko juniorskie i wyraźnie precyzowano: „Wszystkiego cię nauczymy”.

Przyznam, że nie zawsze spełniałam 100% wymagań określonych w ogłoszeniu*. Nie przejmowałam się jednak brakiem formalnego doświadczenia, ponieważ uznałam, że zarówno certyfikat ITCQF, jak i spore portfolio wykonane podczas drugiego semestru studiów podyplomowych w zupełności mi wystarczą. Tym bardziej, że dzięki pracom domowym znam składnię Markdowna i podstawy Dity; zrobiłam też kilka projektów w MadCap Flare, znam co nieco Jirę i Confluence. Fakt, że od dawna pracowałam już w branży technologicznej, także prawdopodobnie działał na moją korzyść, nie pozbywałam się więc dotychczasowego doświadczenia z  CV.

Co jeszcze łączy opisane w ofertach stanowiska, poza wymogiem posiadania pewnego doświadczenia lub portfolio? Przede wszystkim konieczność biegłej znajomości angielskiego. Bez tego, drogi techwriterze, po prostu nie ruszysz dalej – 99% dokumentacji jest tworzonych po angielsku. Z tego powodu tłumacze oraz filologowie mają znakomity atut już na starcie.

Wszystko zdalnie

Gdzie można znaleźć potencjalnych pracodawców? W przypadku mojej szczęśliwej trzynastki 4 oferty pochodziły z Warszawy, 3 z Krakowa, jedna z Lublina, jedna z Wrocławia, jedna z okolic Poznania. Pozostałe nie precyzowały miejsca pracy lub otwarcie komunikowały, że techwriter będzie pracował wyłącznie zdalnie. Praca zdalna lub hybrydowa jest w tej branży standardem – firmy pozawarszawskie na ogół spokojnie reagowały na informację, że na co dzień rezyduję w stolicy. Same procesy rekrutacyjne także były zdalne – ani razu nie musiałam jechać do żadnego biura na osobiste spotkanie. Po prostu o umówionej godzinie zdzwanialiśmy się na Skype, Teamsach lub Zoomie – zawsze z włączoną kamerką, dlatego na wszelki wypadek przed spotkaniem dbałam o schludny wygląd.

Jak wygląda sama rekrutacja?

Jak już wspomniałam, zareagowałam łącznie na 13 ofert i był to proces rozłożony w czasie. Na moje  CV odpowiedziało 6 firm. Żałuję, że pozostałe nie przekazały jakiegokolwiek feedbacku, ale cóż, bywa. Z szóstki, która zdecydowała się odezwać, 4 firmy przeprowadziły ze mną pełny lub prawie pełny proces rekrutacyjny. Jedna z firm, do której aplikowałam na późniejszym etapie, zatrzymała się na fazie screeningu* (ponieważ w międzyczasie otrzymałam propozycję pracy i postanowiłam ją przyjąć), jedna zaś po rozmowie screeningowej podziękowała mi za dalszy udział.

Branża techwriterska, jak już wcześniej wspomniałam, to wciąż pewna nisza. Pewnie dlatego nadal jest mała i zgrana, przez co wydaje się niesamowicie sympatyczna – trochę taka jak branża IT kilkanaście lat temu. Serio-serio – moje rozmowy z techwriterami to były najprzyjemniejsze rekrutacje, w jakich kiedykolwiek brałam udział. Każdej rozmowie towarzyszył uśmiech, atmosfera była wspierająca, a pytania merytoryczne. Nie znaczy to, że prześlizgiwałam się przez spotkania bezwysiłkowo. Wręcz przeciwnie – trwały minimum godzinę (rekordziści rozmawiali ze mną przez ponad dwie w ramach jednego spotkania) i oczywiście były po angielsku. Podczas rozmów sprawdzano moją wiedzę, ale też cechy charakteru, aby upewnić się, że będę pasowała do zespołu. Upewniano się również, czy ogarniam podstawy pracy w metodykach zwinnych*. W trakcie jednej z rozmów musiałam w ekspresowym tempie wykonać mini zadanie, po trzech pozostałych dostałam pracę domową. W jednym przypadku musiałam też przesłać portfolio dotychczasowych projektów. Można więc powiedzieć, że przemaglowano mnie dość dokładnie – ale też podczas każdej rekrutacji sporo się nauczyłam.

A prace domowe? Za każdym razem były to zadania na myślenie i spostrzegawczość, choć nie tylko. W jednym przypadku musiałam przepisać fragment istniejącej dokumentacji, uwzględniając jednak zasady task oriented documentation oraz wytyczne pewnego styleguide’a*. W innym – poprawić błędy językowe i pokazać, co można ulepszyć na załączonym UI*. W jeszcze innym – napisać możliwie najkrótszą instrukcję do popularnej dziecięcej gry. W kolejnym – stworzyć diagram ze ścieżką postępowania dla konkretnej czynności. W jednej z rekrutacji etap pracy domowej był ostatnim – podczas innej był przepustką do zaproszenia na kolejne spotkanie. No i oczywista oczywistość – trzeba było wyrobić się z dostarczeniem zadań w określonym terminie.

A potem trzeba było już tylko czekać.

Witamy na pokładzie

W połowie października, w odstępie dosłownie dwóch dni, zadzwoniły do mnie dwie firmy – obie chciały mnie zatrudnić. W obu przypadkach były to firmy, których nazwy z pewnością słyszeliście przynajmniej kilka razy w życiu. Wskoczyłam od razu na stanowisko tzw. regulara, z pominięciem juniora. W międzyczasie dostawałam feedback od pozostałych – musiałam jednak podziękować za dalszy udział w rekrutacji.

Co teraz? Z pewnością już wkrótce okaże się, że przede mną cały ocean wiedzy do opanowania. Sama nie wiem, czy bardziej się cieszę, czy boję 😉 Na pewno bardzo mi zależy na pokazaniu się z jak najlepszej strony. Zaczynam 2 listopada. Trzymajcie za mnie kciuki.

Podsumowanie

W ciągu ostatnich miesięcy dostałam od czytelników tej strony kilka wiadomości na priv, a ich refrenem było: czy w tym zawodzie jest praca? Czy jest zapotrzebowanie na pisarzy technicznych? Z rosnącej liczby ogłoszeń można wywnioskować, że jest i będzie raczej rosło niż malało – im więcej powstaje oprogramowania, tym większa będzie potrzeba tworzenia dokumentacji wysokiej jakości. Widać to jeszcze wyraźniej, jeśli zerknie się na serwisy ogłoszeniowe poza Polską. Znam trochę język szwedzki, więc z ciekawością zerkałam na tamtejszy rynek pracy – ofert pracy dla techwriterów jest tam więcej niż u nas. Co więcej, zawód dokumentalisty może być punktem wyjścia do dalszych szczebli kariery – dobrze przygotowuje do roli scrum mastera, managera projektów dokumentacyjnych czy po prostu project managera w projektach IT.

Rok temu o tej porze byłam jeszcze specjalistką od contentu w firmie produkującej oprogramowanie. Zainteresowanie techwritingiem mnóstwo zmieniło w moim życiu. Życzę wam tego samego – i nie poddawajcie się, jeśli pierwsze rekrutacje będą zniechęcające. Będzie dobrze!

Bonus, czyli kolejny glosariusz

Nic na to nie poradzę – bardzo lubię pisać glosariusze 😉

Confidence gap – dosłownie “luka w pewności siebie”, czyli sytuacja, w której kandydat lub kandydatka boi się aplikować na jakieś stanowisko, ponieważ spełnia tylko część wymogów. Liczne badania dowodzą, że problem ten często dotyczy kobiet – mężczyźni przeceniają swoje umiejętności, kobiety zaś ich nie doceniają, mimo wysokich lub wręcz wyższych kwalifikacji.

Metodyki zwinne – sposób zarządzania projektami, który powstał w branży IT i zawojował świat. Zakłada dzielenie projektu na etapy, a etapów na jeszcze mniejsze etapy, w trakcie których na bieżąco (zwinnie) adaptuje się pracę do potrzeb. Wytwarzany produkt rozwija się w miarę trwania projektu i jest dostarczany metodą małych kroków. Przykładem metodyki zwinnej jest Scrum.

Screening – pierwsza, wstępna rozmowa z przedstawicielem lub przedstawicielką rekrutującej firmy, mająca na celu określenie, czy kandydat faktycznie odpowiada wymogom danego stanowiska i można go zaprosić do kolejnych etapów rekrutacji (np. na rozmowę techniczną).

STEM – akronim od angielskich słów Science, Technology, Engineering, Mathematics.

Styleguide – zbiór wszelkich standardów dotyczących pisania, formatowania i projektowania różnego rodzajów dokumentów w firmie. Największe z firm mają zwykle własny styleguide, inne korzystają z zasad wypracowanych przez dużych graczy.

UI – skrót od User Interface, czyli po prostu interfejs użytkownika.