Komunikacja techniczna – jak się studiuje?

Dziś wrażenia z pierwszej ręki dotyczące studiów podyplomowych z komunikacji technicznej 🙂

Powoli dobiega końca pierwszy semestr zaocznych, podyplomowych studiów w ramach kierunku Komunikacja Techniczna na Akademii Finansów i Biznesu Vistula. Zajęcia rozpoczęły się jesienią 2020 i są prowadzone w 100% online. Kierunek nie tylko zadebiutował w uczelnianej ofercie studiów podyplomowych, ale w ogóle po raz pierwszy jest możliwy do studiowania w Polsce. To odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie rynkowe na techwriterów.  Szesnastoosobowa grupa studentów i studentek jest więc pierwszą, która będzie mogła pochwalić się dyplomem z tego zakresu, uzyskanym na polskiej uczelni. W tej grupie jestem również ja.

Skąd się tu wzięłam?

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze PR oznaczało dla mnie tylko public relations, a nie pull request, ukończyłam magisterskie studia na Wydziale Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Po kilku latach pracy dziennikarskiej zaczęłam zajmować się szeroko pojętym e-marketingiem i PR (oraz wieloma innymi rzeczami, ale to już temat na inny tekst). Z czasem wyspecjalizowałam się w pracy z branżą IT – albo jako pracowniczka firm technologicznych, albo jako zewnętrzna ekspertka, obsługująca działania PR dla nerdów i geeków. Szczerze pokochałam to środowisko i starałam się poznać je od podszewki – nie tylko pisałam, ale też stworzyłam kilkadziesiąt linii kodu w projekcie open source, a od 2016 roku prowadzę akcję popularyzacji programowania wśród kobiet. I tak krok po kroku dotarłam do punktu, w którym poczułam potrzebę tworzenia czegoś więcej niż teksty marketingowe.Tym bardziej, że osób z doświadczeniem dziennikarskim czy marketingowym jest wiele, ale na palcach obu rąk można policzyć specjalistów, którzy nie tylko mogą pochwalić się lekkim piórem, ale też biegle opanowali terminologię IT. Skoro wiem, że napiszę wszystko, to może także dokumentację?

Czy na pewno dam sobie radę?

O tym, że powstaną studia na temat komunikacji technicznej, wiedziałam od dawna. Czaiłam się wokół nich przez wiele miesięcy. Długo nie udawało się ich uruchomić – czynnikiem decydującym okazało się dopiero przeniesienie studiów do internetu. Dzięki temu zebrała się grupa osób z całej Polski – z Warszawy, Krakowa, Gdańska, Elbląga… Kiedy stało się jasne, że tym razem studia ruszą, złożyłam stosowne dokumenty i… syndrom oszusta niemal zwalił mnie z nóg. Przed pierwszymi zajęciami, a także już w trakcie, kilkakrotnie zadawałam prowadzącym pytanie: “Czy nie jestem za mało techniczna?”. Wątpliwości tego rodzaju wracają do mnie zresztą jak bumerang (o czym później). Póki co wszystko wskazuje na to, że mój wyjściowy poziom “utechnicznienia” był wystarczający. Jeśli na jakimkolwiek etapie wymaga się od nas znajomości konkretnych zagadnień czy narzędzi (np. Jira, Confluence, HTML + CSS czy inne technologie webowe), natychmiast pojawia się pomoc w postaci informacji, linków, okazji do ćwiczeń. Na korzyść studentek i studentów działa też fakt, że uczymy się wszyscy – nie tylko my, uczestnicy, ale też wykładowcy, którzy zadebiutowali w tej roli.

No dobrze, to w końcu jak jest?

Rzecz jasna, pełnej i rzetelnej odpowiedzi na to pytanie będę mogła udzielić dopiero po ukończeniu studiów. Subiektywnie? Na ogół bawię się dobrze, zadaję dużo pytań, łapczywie pochłaniam serwowane treści. A obiektywnie:

  • Zajęcia odbywają się w 6-7 godzinnych blokach co drugi weekend. Przybierają przeróżne formy: od wykładów i konwersatoriów aż po ćwiczenia wykonywane pod kierunkiem wykładowców w mniejszych grupach. Najsilniejszy akcent kładzie się właśnie na praktyczne przygotowanie do pracy (i rekrutacji!) techwritera.
  • Używamy Teamsów. Niezbędna jest kamera i słuchawki.
  • Dostajemy sporo prac domowych. Są deadliny. Można je negocjować 🙂
  • Od partnerów kierunku (czyli firm MadCap, Atlassian, Syncro Soft, DREDAR, organizacji ITCQF oraz, tadam tadam, portalu Techwriter.pl) otrzymaliśmy licencje studenckie na przydatne oprogramowanie, np. Jirę, Camtasię czy Snagita 🙂
  • Nie zetknęłam się jeszcze z wykładowcami/wykładowczyniami, którzy nie byliby pomocni. Do tego stopnia, że poświęcają swój prywatny czas na… analizę naszych CV.
  • Żaden wykładowca nie występuje z pozycji wszechwiedzącego eksperta – wiedzą mnóstwo, ale też mylą się i przyznają do tego. Na podstawie naszych pytań na bieżąco uzupełniają materiały szkoleniowe. To podejście jest według mnie wyjątkowo cenne – mam nieszczególnie nabożny stosunek do autorytetów i cenię sobie naukę na błędach, zarówno własnych, jak i cudzych. Najlepszy ekspert to ten, który czasami mówi: nie wiem.
  • Po każdych zajęciach możemy umieścić swoje uwagi w retrospektywie na Confluence.

Czy można było coś zrobić lepiej? Tak, są to jednak drobiazgi: a to ktoś zapomni przesłać nam na czas prezentację z wykładu, a to inny wykładowca za mało precyzyjnie wyjaśnia charakter pracy domowej. Czasami trzeba się też naszukać materiałów z zajęć – każdy wykładowca umieszcza je w innym, preferowanym przez siebie miejscu. Żadna z tych sytuacji nie wpłynęła na moją ocenę studiów. Gdybym po raz kolejny miała decydować o zapisaniu się na nie, decyzja byłaby taka sama. Przyznam jednak, że wciąż zdarzają się chwile, kiedy czuję się niepewnie – wtedy brakuje mi kogoś w stylu indywidualnego mentora, czyli osoby, która mogłaby mi po prostu dodać otuchy. Wiem z doświadczenia, że wątpliwości w stylu: “Czy dam sobie radę?” to częste zjawisko wśród kobiet w branży IT. U mnie także się ono pojawia, zwłaszcza, że moja droga do techwritingu była nietypowa – nie mam ani doświadczenia tłumaczeniowego, ani ściśle technicznego.

Ciąg dalszy nastąpi

Przed studentami i studentkami drugi semestr: praca dyplomowa, która będzie mieć formę praktycznego projektu, oraz – dla chętnych – podejście do egzaminu ITCQF. To będzie już prawdopodobnie jazda bez trzymanki, ale nie uprzedzajmy faktów – drugą część tego tekstu napiszę już jako (oby!) absolwentka.