Za co tłumacze lubią autorów – internacjonalizacja

Z przyjemnością publikujemy kolejny wpis gościnny traktujący o tym w jaki sposób specjaliści tworzący dokumentację mogą ułatwić życie tłumaczom.

Pierwszy wpis z cyklu „Za co tłumacze lubią autorów” podkreślał jak ważna jest spójność w tworzeniu dokumentacji. W drugiej części autorka skupiła się na zagrożeniach związanych ze stosowaniem zmiennych i fragmentów tekstu do wielokrotnego użycia (snippetów). Trzeci i zarazem ostatni wpis w tym cyklu rzuca trochę światła na zagadnienia związane z internacjonalizacją.

Kilka słów o autorce

Marta Bartnicka jest kierowniczką działu tłumaczeń dla Europy Środkowej w IBM. Z działem tym związana jest od 20 lat, zajmując się między innymi tłumaczeniem, weryfikacją, testowaniem lokalizacji, prowadzeniem projektów lokalizacyjnych dla jednego i wielu języków, terminologią, a od kilku lat także wdrażaniem tłumaczeń maszynowych oraz modelu Continuous Delivery. Obecnie koordynuje lokalizację oprogramowania, dokumentacji i stron WWW na kilkanaście języków środkowoeuropejskich (w tym polski). W pracy zebrała – i nieustająco zbiera nadal – doświadczenie w poruszaniu się na styku kultur, na pograniczu polityki korporacyjnej i lokalnych norm oraz zwyczajów. Z wykształcenia mgr inż. informatyki (Systemy Informacji Naukowo-Technicznej, Politechnika Wrocławska). Hobby w kolejności alfabetycznej: biegówki, dzieci, ogrodnictwo, Tatry.

Jeśli chcecie skontaktować się z Martą, możecie wysłać jej maila na martab@kofeina.net.

Za co tłumacze lubią autorów – internacjonalizacja

Długość tekstu (w procentach)

Jednym z aspektów „pisania pod lokalizację” jest długość tekstu, zwłaszcza jeśli tworzymy go w języku angielskim. Gdybym miała podać jedną liczbę, to byłoby nią 30: o tyle procent przeciętny tekst przetłumaczony na polski jest dłuższy od angielskiego oryginału – i jest to jeden z większych procentów „spuchnięcia” tekstu w przekładzie. Pół biedy, kiedy to dokumentacja lub pomoc – więcej pułapek kryje się w interfejsie użytkownika i w tym, czy projektujemy go z myślą o lokalizacji na różne języki. Dla różnych par językowych współczynnik ten wypada różnie, ale jedno jest pewne: projektując interfejs z tekstami o ograniczonej długości, uwzględnijmy zawsze bufor na „dłuższe języki”. Dotyczy to nie tylko ograniczeń narzuconych w kodzie (limit długości tekstu powinien być przynajmniej o 30% większy niż faktyczny tekst angielski), ale również projektu interfejsu. Najlepiej, żeby etykiety czy przyciski mogły się rozszerzać nie zachodząc na inne pola – jak ilustruje to świetny przykład, który zaczerpnęłam od Angeliki Zerfass:

Więcej szczegółów na ten temat można znaleźć w IBM Globalization Guidelines – między innymi przydatną informację, że im krótszy tekst, tym bardziej może „spuchnąć” w tłumaczeniu:

Ze swojej praktyki pamiętam na przykład pewien panel drukarki, w którym developer wziął sobie do serca pozostawienie 30% zapasu, zatem na przetłumaczenie tekstu „ALL” dał aż 4 znaki. Można zgadywać, jakie tłumaczenie na polski okazało się najbardziej czytelne 😊

Kolor łupkowy oraz czy bać się czerwieni

Pozostawiając temat interfejsu, przyjrzyjmy się jeszcze kilku zagadnieniom tak zwanej internacjonalizacji (względnie globalizacji) tworzonych produktów – czyli tego, na jakich rynkach da się je sprzedać bez przeróbek.

Jakiego koloru jest łupek? W Polsce większość zapytanych po namyśle odpowie, że chyba brunatnego. W krajach z kręgu anglosaskiego łupek (slate) był tradycyjnym pokryciem dachów i dla osób z tej kultury jest oczywiste, że chodzi o kolor szaroniebieski (po polsku nazywany gołębim).

Kolory to nie tylko kwestia przekładu, ale też symboliki. Dla nas, osób z Europy Środkowej, czerwony jest kolorem kojarzonym z zagrożeniem, a czarny – z żałobą. Uniwersalne? Nie całkiem. W Chinach czerwony to kolor dobrobytu i radości, a w Indiach kolorem żałoby jest raczej biały.

Pozostając przy symbolice, nie wszędzie na świecie sowa oznacza mądrość, otwarta dłoń – powitanie, a budynek czy auto z czerwonym krzyżem – służby medyczne. Wprowadzając do tworzonych treści symbole, trzeba sprawdzać, czy na pewno są uniwersalne. Najbezpieczniejsze okazują się podstawowe znaki drogowe i symbole matematyczne.

Zamienię żonę na piłkę plażową

Internacjonalizując treści, lepiej nie iść na skróty. Pouczających (anty)przykładów dostarcza świat reklamy, w którym na rynek amerykański domalowuje się sportowcom dłuższe spodenki, a na rynki arabskie – zamienia się w basenie żonę na piłkę plażową. Poprawność rasowa czy genderowa robiona za pomocą gotowych zdjęć i pośpiesznego kopiuj-wklej też staje się raczej źródłem memów niż przychodów.  Rozwiązania są dwa: albo przerabiać materiał po dokładnym zbadaniu kultury docelowej, albo zawczasu przeanalizować go pod kątem kulturowym i przygotować możliwie uniwersalnie.

Jeszcze trochę przykładów internacjonalizacji (i anegdot na ten temat) pokazałam na soap! 2017.

Podsumowując, im bardziej globalnie – tym więcej czynników trzeba wziąć pod uwagę. Wiele aspektów internacjonalizacji znajduje się najbardziej w zakresie działania autorów (długość tekstów, symbolika, określenia slangowe i regionalne); na inne pozostaje zwrócić uwagę projektantom czy marketingowi.